wtorek, 14 czerwca 2011

Historie wyszeptane przez morze


„My, topielcy” to nie tylko powieść o marynarzach i ich odwiecznej walce, ale także o przyjaźni z żywiołem - wodą. To również opowieść o tych, którzy zostają na lądzie – matkach, żonach, dzieciach. Jensen zabiera nas na swój żaglowiec, który w czasie rejsu przechodzi ewolucje – staje się parowcem, przekształca się w łódź motorową. Przepłyniemy 100 lat historii Marstal – Duńskiego miasta, gdzie w żyłach mieszkańców zamiast krwi płynie słona woda – urodzeni marynarze, którzy nie potrafią żyć bez pływania.

„My, topielcy” jest oceanem. Czasem zawieje nam w twarz bryza ciepłych uczuć, która sprawia, że chcemy uwierzyć w braterstwo, przyjaźń, miłość – po prostu – w drugiego człowieka. Chwile ciepła przeplatane są orkanem, który zabiera nas w wir akcji i wspaniałych morskich przygód - wielkich sztormów, potyczek z tubylcami, utknięcia w lodzie czy flauty na oceanie. W końcu na swojej drodze natrafimy również na maelstrom, który jest okrucieństwem wojen, nie wroga – wojny samej w sobie. Bo jak powiedzieć kobiecie, że jej mąż bądź syn już nigdy nie zawita do domu, mimo że to nie morze go zabrało, mimo że nie był żołnierzem? Jak płynąć w konwoju, gdy bracia z zatopionych okrętów wciągani są w śruby naszego statku? Ciężkie, straszne chwile, w których tak łatwo się zatracić, zgubić cel swojej podróży.

Morze szanowało naszą męskość. Nie szanowały jej armaty.”

Najważniejszym bohaterem książki jest Marstal, często można odnieść wrażenie, że samo miasto jest również narratorem. Spotkamy tutaj mnóstwo barwnych postaci. Żadna nie jest szczególnie dobra, żadna nie jest szczególnie zła – wszyscy są ludźmi, każdy popełnia błędy, każdy ma swoje uczucia. Przez większą część książki śledzimy poczynania trzech marynarzy: Lauridsa Madsene, jego syna – Alberta oraz Knuda Erika. Prezentują oni trzy pokolenia mężczyzn z Marstal, ale również wszystkich ludzi morza. Carsten Jensen jednak nie zapomina o tych, którzy w morze nie wyruszają – matki i żony również są ważnymi bohaterkami książki. Nienawidzą morza, a zarazem kochają je jeszcze bardziej niż ich mężczyźni. Gdy jedna z nich próbuje rozbić odwieczny związek miasta z morzem obserwuje wyniszczenie zamiast triumfu. Mężowie zamiast częściej bywać w domach, znikają na jeszcze dłużej, mustrują w odległych portach, miasto się rozpada.

Język książki przenosi nas na wzburzone fale. Jest prosty, ale pomimo to doskonale przekazuje uczucia – zarówno te najprostsze jak i te bardziej skomplikowane, czy też te subtelniejsze. Dzięki dbałości o szczegóły autor pozwala nam uwierzyć, że my również jesteśmy na pokładzie żaglowca, który jeszcze długo będzie na morzu nim przybije do przyjaznego portu.

Carsten Jensen napisał piękną powieść, która pozwala nam przenieść się do krainy gdzie sól, krew i pot to jedno i to samo, a smakiem ich jest morze. Usiądź gdzieś nad wodą, wsłuchaj się w szum fal, nalej sobie szklankę whisky, grogu lub piwa i zanurz się w historiach Marstalczyków. Jedne opowieści będą wesołe, inne smutne. Pewne będą mówić o samotności w tłumie, kolejne natomiast o nierozerwalnym braterstwie.

Ale tego wieczoru tańczyliśmy z topielcami, a oni to my.”


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz